stewia suknie ślubne ścianki działowe
|
|
|
|
Hotel Miodowska w Kostrzynie Odrzańskim
Hotel Miodowska w Kostrzynie Odrzańskim Oferta noclegi 4 osobowy. Cena 180 os.Obiekt:centrum masażu, spa, lozko dwu osobowe, koc, barek, śniadania i obiadokolacj
Domek letniskowy Arabska w Kostrzynie Odrzańskim
Domek letniskowy Arabska w Kostrzynie Odrzańskim Oferujemy noclegi 6 osobowy. Cena 30 os.Obiekt:basen, spa, łóżko łaczone 2 osobowe, prysznic, koc, obiady, od
Akademik Wódkowska w Kostrzynie Odrzańskim
Akademik Wódkowska w Kostrzynie Odrzańskim Posiadamy noclegi 3 osobowy. Cena 140 os.Obiekt:disco, centrum odnowy biologicznej, łózko z dostawka, barek z alkocholem,
Hotel Jezierska w Kostrzynie Odrzańskim
Hotel Jezierska w Kostrzynie Odrzańskim Polecamy noclegi 3 os. Cena 40 os.Obiekt:stołówka, salon spa, łóżko oraz dostawka, łazienka, kuchenka gazowa, pełne
Akademik Parcińska w Kostrzynie Odrzańskim
Akademik Parcińska w Kostrzynie Odrzańskim Posiadamy noclegi 3 osobowy. Cena 10 os.Obiekt:baseny, salon odnowy biologicznej, wygodne łózko wodne, łazienka, radio,
Camping Dziewirska w Kostrzynie Odrzańskim
Camping Dziewirska w Kostrzynie Odrzańskim Oferujemy noclegi 4 osobowy. Cena 150 os.Obiekt:parking, restauracje, wygodne łózko wodne, łazienka, kuchenka gazowa, o
Ośrodek wypoczynkowy Jezierska w Kostrzynie Odrzańskim
Ośrodek wypoczynkowy Jezierska w Kostrzynie Odrzańskim Oferujemy noclegi 3 os. Cena 110 os.Obiekt:basen odkryty, salon odnowy biologicznej, 2 łóżka 1 osobowe, para
Hotel Chudowolska w Kostrzynie Odrzańskim
Hotel Chudowolska w Kostrzynie Odrzańskim Proponujemy noclegi 3 osobowy. Cena 100 os.Obiekt:basen kryty, centrum turystyczne, wygodne spanie, prysznic, tv, śniada
Akademik Żółna w Kostrzynie Odrzańskim
Akademik Żółna w Kostrzynie Odrzańskim Posiadamy noclegi 4 os. Cena 120 os.Obiekt:odnowa spa, salon odnowy biologicznej, lozko dwu osobowe, balkon, aneks kuchenny,
| 1 |
| ||
|
|
||
|
Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domyœli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, sk¹d znalaz³y siê pieni¹dze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adn¹ niespodziank¹. Zdziwi³a siê tylko, ¿e j¹ niczym ta wiadomoœæ nie poruszy³a. W³aœciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoœci¹ Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radoœci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿¹dañ. Ostatnio coraz czêœciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza ni¹. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w œrodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o j¹ przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczaj¹cej samotnoœæ by³a w rzeczywistoœci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoœci¹ najokrutniejsz¹, któr¹ ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spaœæ dopiero w godzinie œmierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - myœla³a nieraz - co by jednoczeœnie nie zbli¿a³o ku œmierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze œmieræ zagl¹da nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zd¹¿y³a cofn¹æ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dŸwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym œwietle padaj¹cym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczeœnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni póŸniej mówi³a patrz¹c w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mn¹ coœ, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³eœ siê, czy tu mieszkaj¹ pañstwo Podhaliczowie, patrzy³eœ na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zd¹¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jesteœ bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ci¹gu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widz¹c pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zd¹¿y³o jeszcze nadejœæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zaœniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³aœnie wczoraj opuœci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnoœciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za œcian¹ kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we œnie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które j¹ przeniknê³o w po³udnie stoj¹c¹ w otwartych drzwiach. Maj¹c oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na ni¹ patrzy. Z pocz¹tku, chc¹c sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jeœli na staroœæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Ann¹ swymi obawami w zwi¹zku z osob¹ Nawrockiego. Co znaczy³ jego œmiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyœlaæ. Sk¹d? Jakim sposobem móg³by wpaœæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zapl¹taæ upatrzon¹ ofiarê w sieæ pytañ, domyœlników, niespodziewanych skojarzeñ, aby póŸniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisn¹æ pêtlê. „Ale to nie ze mn¹! - uœmiechn¹³ siê do nieobecnego wroga - ze mn¹ nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niew¹tpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkn¹³ w porê z doœæ œliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod mask¹ niefrasobliwego i przyjaznego uœmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakimœ umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliw¹ natarczywoœci¹ wciskaæ siê bêdzie w ka¿d¹ rozmowê z posterunkowym, w ka¿d¹ myœl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ stron¹ skazan¹ na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zapl¹tania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adn¹ buzi¹ i delikatnymi ³apkami, wzi¹æ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym mieœcie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaj¹ na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamyœli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na ni¹. Siedzia³a przed lustrem ci¹gle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszaj¹c siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. WyraŸnie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod œcian¹ parawanu, tylko œwiat³o lampy padaj¹c z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreœlony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedz¹cej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿aj¹cemu, jak obraz, który go natarczywie poci¹ga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oœlep³ym, w têpym skurczu miêœni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy œciêtych nienawiœci¹, ale w ¿adn¹ z nich nienawiœæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, któr¹ mia³ przed sob¹. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noc¹ rozœwietlon¹ dalekimi b³yskami, wœród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oœwietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornoœæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiœci¹, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milcz¹cy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie m¹ci³. To tylko doko³a, gór¹ i bokami, wiatr bi³ z niezmienn¹ zaciek³oœci¹, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na œciany. Jak ma³y i w¹t³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje kruch¹ ³upink¹ wœród sprzecznych pr¹dów, aby na oœlep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem coœ miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopn¹³ go podra¿niony Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami. - Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz? - Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi? - Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac... - No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec... - Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach? - Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze... Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic. - Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas? - Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania... - Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak? Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic. - Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie. Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach. - Lezy w moim pokoju. Bo co...? - Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje... W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl. - Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela. - Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc... Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce. Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow. - Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie. - Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz. Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu. - Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem. - Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec... - Rozpakowac...? Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. | ||