ścianki działowe stewia suknie ślubne Hotel Maleszewska w Cigacicach

Strona główna

Hotel Maleszewska w Cigacicach

Hotel Maleszewska w Cigacicach Polecamy noclegi 5 osobowy.
Cena 55 os.

Obiekt:
centrum turystyczne, odnowa spa, ekskluzywne łózka, kuchenka, czajnik bezprzewodowy, obiady i kolacje, od wody 900m.

Hotel Maleszewska - 524713763
Cigacicach ul.Graniczna

Tematyka:


Polecamy również:

Odpêdza³ pokusê snu, podobnie jak œmiertelnie znu¿ony wêdrowiec prze³amuje sennoœæ w obliczu niebezpieczeñstwa. Có¿ z tego, ¿e cia³o omdlewa ze zmêczenia, g³owa ci¹¿y, a powieki same bezsilnie opadaj¹? Trzeba wiedzieæ, kiedy mo¿na, kiedy wolno spaæ. Pozornie tak ³atwo jest wymkn¹æ siê nieprzyjacielowi. Zdawa³oby siê: mo¿na go zwieœæ, zmyliæ œlad. Pomiêdzy wieczorem a najbli¿szym rankiem jaki¿ rozleg³y le¿y czas! Ka¿dy krok u pocz¹tku wyznacza inn¹ drogê. Tysi¹c œcie¿ek biegnie w g³¹b nocy, nikn¹cych, gdy œwit zedrze ciemnoœci. Ale na ka¿dej wróg jest przy nas, cierpliwie, krok za krokiem d¹¿¹c po naszym tropie. Spojrzeæ mu prosto w oczy, nie zadr¿eæ, nie ugi¹æ siê przed jego zdobywcz¹ si³¹, to jedno mo¿e ocaliæ. Ale jak wydrzeæ z siebie z³o, które w nas czai siê zawsze wyczekuj¹ce, zawsze gotowe do skoku? Jak pochwyciæ wroga, który jest w naszej krwi i w naszych myœlach? Ksi¹dz Siecheñ klêcza³, skrzy¿owane ramiona wspar³szy o niski sto³ek. Pochyli³ g³owê. Mia³ wra¿enie, jakby mu barki ogromny ciê¿ar przygniót³. Gdy zapada noc taka, jak dzisiaj, bez granic, wydaje siê, ¿e z³o ca³ego œwiata œcieka w serce czuwaj¹cego. Doko³a, na bezmiernych obszarach, w niskich chatach wiejskich i dalej, w ludowych kamienicach uciszonych miast œpi¹ ludzie zmordowani dniem. Bezbronny t³um. £atwa zdobycz. Któ¿ œpi snem sprawiedliwego? D³onie, które jeszcze przed chwil¹ chciwie siêga³y po rozpustê i zysk, dygoc¹ teraz niespokojnie, jak p³omieñ przygnieciony popio³em. Nagie cia³a dysz¹ gor¹czkowo. Zwarte usta skry³y k³amstwa i kusz¹ce podszepty, powieki zamknê³y pope³nione i przysz³e zbrodnie. Gdzie¿ s¹ mury mierzone trzcin¹ z³ot¹? Wiatr szarpn¹³ otwartym oknem. Okiennica uderzy³a o szybê. Chlusn¹³ deszcz. Ale proboszcz nie poruszy³ siê. Jego oczy szeroko rozwarte zdawa³y siê przebijaæ ciemnoœæ. Dr¹¿¹ j¹ a¿ do przepastnego dna. Zwyciê¿aj¹ przestrzeñ. Czas stan¹³. I przez sekundê, która trwa wieki, wydaje siê klêcz¹cemu, ¿e widzi wszystko, co dzieje siê na œwiecie a¿ po jego najodleglejsze krañce. Straszliwa chwila. To jest tak, jakby jakaœ zas³ona spad³a rozciêta nagle niewidzialn¹ rêk¹, ukazuj¹c groŸn¹ wizjê. Oto ziemia niezmiernie ogromna, a jednoczeœnie tak drobna, i¿ mo¿na j¹ ramieniem opasaæ, le¿y nieruchoma, œciêta cisz¹: bezkresna, ruda pustynia, obszary zje¿one czarnymi kamieniami, zastyg³e wody, lasy skamienia³e, miasta puste jak szkielety, a nad tym nieskoñczonym cmentarzyskiem niebo niskie i miedziane. Niebo, którego ciê¿ar przygniata serca œpi¹cych. Ludzie! Widaæ ich cia³a pokotem rzucone na zesch³¹ ziemiê, jedno przy drugim, nagie i sine, niby nieskoñczony szereg umar³ych. I nagle, jakby na jeden wielki g³os rozcinaj¹cy milczenie od wschodu do zachodu i od pó³nocy na po³udnie, budz¹ siê wszyscy. Ale nikt nie zrywa siê i nie œpieszy pos³usznie ku wezwaniu. ¯adne wo³anie mu nie odpowiada. ¯aden szept ani ruch nie targn¹ niewzruszonym spokojem. Piersi le¿¹cych uderzone niebem zamar³y. To tylko ich oczy szeroko rozwarte oddychaj¹ œmierteln¹ trwog¹. Przera¿eniem nie pozostawiaj¹cym miejsca dla nadziei. - Jestem z wami! - szepce ksi¹dz Siecheñ. Bo czy¿ nie pêta go niemoc ta sama, która wszystkim na ziemi ka¿e w tej chwili konaæ, lecz nie pozwala umrzeæ? Oto równoœæ, o której ludzie nie chc¹ wiedzieæ. Bogactwo staje siê podobne ³achmanom ¿ebraka, w³adza kruszy siê w pora¿onych d³oniach i jak próchno przesypuje przez palce. Ale gdy ranek przywróci ziemi jej kusz¹cy kszta³t, któ¿ z ¿ywych wyrzeknie siê dobrowolnie z³udnych przywilejów? Kiedy¿ wybije godzina sprawiedliwoœci dla krzywdzonych i poni¿anych? Tyle doko³a chciwoœci, okrucieñstw, tyle k³amstw i jadu nienawiœci i pogardy, i¿ zdaje siê, ¿e nic nie zdo³a zasklepiæ krwawi¹cych ran. Có¿ mo¿e zmieniæ siê? Tu choæby, na tym drobnym skrawku sedelnickiej ziemi. Dziedzic sedelnicki nie zrzeknie siê bez przymusu swoich rozleg³ych pól i lasów, jak drapie¿ne kleszcze opasuj¹cych doko³a nêdzne ch³opskie zagrody. Grzegorz Litowka nie porzuci strêczycielstwa. Zab³¹kanej w dalekim mieœcie Oldze Kukiszów ¿aden g³os nie podszepnie powrotu do rodziców. M³ody Burak, kiedy wyjdzie z wiêzienia, znowu zacznie kraœæ. Kierownik poczty nie z³agodzi serdeczniejszym s³owem cierpieñ umieraj¹cej ¿ony. Fiodor Dubrowski, nienasycony swoj¹ m³odoœci¹, z lekkim sercem porzuci po miesi¹cu ka¿d¹ dziewczynê. Ile¿ ich jeszcze przyjdzie p³acz¹cych na niego, jak przedtem przychodzi³y z ¿alami na Siemiona? A Siemion, któremu ju¿ tak niewiele chwil pozosta³o do ¿ycia... A Michaœ... Proboszcz zaciska d³onie. Gêste krople potu zwil¿aj¹ mu skronie. - Najlichszym z lichych jestem, Panie. Tamci nie znaj¹ Ciê, dlatego b³¹dz¹. Ale mnie ukaza³eœ siê, jak wicher wstrz¹sn¹³eœ mn¹... Da³eœ wszystko. A có¿ ja dajê? Jak¿e nêdzny jest plon minionych lat! Có¿ uczyni³ dla ludzi, których mu powierzono? Nigdy nie umia³ znaleŸæ drogi do cz³owieka. A za to jak czêsto i w jak wielu okolicznoœciach czu³ siê intruzem. Tak rzadko udawa³o mu siê prze³amaæ bolesny i upokarzaj¹cy mur, który odgradza³ go od ludzi wtedy w³aœnie, gdy chcia³ im siebie ofiarowaæ. A jeœli, zdarza³o siê, odnajdywa³ porozumienie, czy¿ by³o ono czymœ wiêcej ni¿ przelotnym b³yskiem ukazuj¹cym zaledwie w mglistym oddaleniu, jak ogromne musi byæ szczêœcie, gdy zbudzi siê zb³¹kan¹ duszê z letargu i oczyszczon¹ postawi przed Panem. Prze¿y³ kilka takich olœnieñ Weszlam do pokoju numer 315. Za biurkiem siedzial niemlody juz mezczyzna w cywilnym ubraniu. „Dlaczego on jest po cywilnemu? - myslalam. - Czy to dobrze, czy zle, ze on jest po cywilnemu...” Serce walilo mi jak oszalale, w gardle mialam sucho. Mezczyzna zza biurka patrzyl na mnie przenikliwie. - Dzien dobry... - odpowiedzial na moje powitanie. - Pani dzis rano otrzymala wezwanie, prawda? Prosze bardzo, moze pani usiadzie... Usiadlam sztywno na krzesle. Wyjal z szuflady jakies papiery, przejrzal je pobieznie. - Moze pani zechce podac mi swoje dane osobiste... Powiedzialam. W zdenerwowaniu podalam mu biezacy rok jako rok swojego urodzenia. - Pani jest bardzo przestraszona... niepotrzebnie! Chodzi mi tylko o kilka informacji... Nie moglam sie opanowac i czulam sama, jak dygoca mi usta. - Prosze sie uspokoic, doprawdy... w ten sposob nie bedzie pani mogla zebrac mysli. Bardzo zalezy mi na tym zeby odpowiadala mi pani rzeczowo i spokojnie. - Chwileczke, dobrze? - poprosilam. Kilka razy odetchnelam gleboko.- Jeszcze sekunde... ja sie zaraz pozbieram...- Prosze bardzo... moze ja zaczne mowic, a pytania i odpowiedzi zostawimy na pozniej? Przez ten czas pani sie bedzie zbierac! - - usmiechnal sie. - - Otoz, sprawa wyglada nastepujaco... - urwal i znowu popatrzyl na mnie badawczo. - Pani sie mnie boi, tak? Obawia sie pani, ze ja tu zatrzymamy, zalozymy kajdanki, wytoczymy sprawe? A ja juz mowilem, ze chodzi mi tylko o pare szczegolow. Zreszta... moze pani poczuje sie lepiej, jezeli i ja podam swoje personalia. Nazywam sie Ligota, pani zna mojego syna, prawda? Ja z kolei znam Marcina. Jestem jego kuratorem i zostalem nim na wlasna prosbe... Czy to wszystko chociaz w pewnym stopniu uspokaja pania? - W pewnym stopniu... - przyznalam silac sie na usmiech. - Nie mam najmniejszego obowiazku mowic pani o tych rzeczach, ale za wszelka cene chce, aby doszla pani do jakiej takiej rownowagi! - Dziekuje panu... - Czy pani wie o tym, ze wczoraj po poludniu Marcin wyszedl z domu i do tej pory nie powrocil? Po tych wszystkich informacjach, ktorych mi udzielil cichym, spokojnym tonem, to pytanie rzucil nieoczekiwanie ostro. W pierwszej chwili jego sens nie dotarl do mnie. - Slucham? Powtorzyl. Zrozumialam.- Nic nie wiem... - odparlam dretwo.- Wczoraj po poludniu wyszedl z domu nie zostawiajac zadnej wiadomosci. W tej chwili szukamy go i kazda informacja, ktora moglaby nam w tym pomoc, jest dla nas niezwykle istotna. Czy pani ma cos do powiedzenia? - Nie. - Nie? Wiec pytam dalej. Kiedy widziala pani Marcina po raz ostatni? - To bylo przed swietami... odprowadzil mnie na dworzec, kiedy wyjezdzalam do swojej babki. - Czy mam to traktowac jako pani przemyslana odpowiedz? - Oczywiscie! - Czy jest cos, co pani chce ukryc, ze rozpoczyna pani rozmowe ze mna od klamstwa? Kazde klamstwo nie tylko pogarsza sprawe Marcina, ale rowniez i pania stawia w kregu pewnych podejrzen... - Nie rozumiem pana... widzialam go ostatni raz na dworcu! - Widziala go pani po raz ostatni na boisku szkolnym- sprostowal. - Tak, slusznie! - przyznalam. - Ja zle rozumialam to pytanie! Ostatni raz rozmawialam z nim na dworcu, a ostatni raz widzialam go na boisku! - Teraz pani widzi, dlaczego zalezy mi na rzeczowych odpowiedziach. Kazda nie przemyslana moze jedynie wprowadzic mnie w blad. Czy pani ma jakies osobiste przypuszczenia, czy pani domysla sie, gdzie obecnie przebywac moze Marcin? - Nie. Nie mam pojecia... - Prosze przedstawic mi w ogolnym zarysie przebieg waszej znajomosci! Przedstawilam. Sluchal wszystkiego nie spuszczajac ze mnie wzroku. - Tak... wiec pani dowiedziala sie prawdy od swojego przyjaciela i wtedy... co pani wtedy zrobila?